poniedziałek, 28 lutego 2011

DZIEŃ 3 (16.02)

Pierwsza niespodzianka: śniadanie.
Dla niego warto było wstawać! Byliśmy w ciężkim szoku, kiedy przed nami postawiono sok, herbatę, kawę, dwa koszyki cudownych bagietek, masło, dżem i słodkie bułeczki. A to wszystko tak pyszne, że grzechem byłoby tego nie zjeść! Po raz pierwszy w ciągu tej podróży byliśmy tak milczący i zupełnie niekontaktowi (pomijając liczne westchnienia i pomruki zadowolenia).

Druga niespodzianka: świat jest mały,
Wychodząc z hotelu usłyszałam krzyk: Kaśka!
Obracam się, a tam Zośka Sotwin :) Kiedy dotarło do mnie co się dzieje i w jakich okolicznościach się spotykamy, myślałam, że padnę na miejscu, bo sytuacja była więcej, niż nietypowa. W Krakowie nie mogłyśmy się zgrać, trzeba było pojechać na drugi koniec świata ;)

Pierwszy zabytek: grobowce Saadytów.
W samym środku medyny schowane są szesnastowieczne grobowce (podobno jakiś tam sułtan specjalnie kazał je tak obudować, żeby ludzie nie mogli do nich trafić i zostały ponownie odkryte w 1917r.). To właśnie tutaj po raz pierwszy w naszej podróży zetknęliśmy się z arabską architekturą na najwyższym poziomie- a ja o raz pierwszy zaczęłam się bawić w japońskiego turystę ;)
Dodatkową ozdobą tego miejsca były koty, które nie zwracając uwagi na ludzi wylegiwały się w słońcu.

Pierwszy szok kulturowy: targ lokalsów.
Kiedy szukaliśmy drogi do Pałacu Bahia wpadliśmy w sieć ciasnych uliczek, na których lokalsi sprzedawali wyroby bynajmniej nie przeznaczone dla turystów. Zamiast ubrań Made in India i skórzanych toreb mieliśmy przyjemność zobaczyć takie cuda, jak ociekające krwią żołądki, rozkładające się na słońcu flaki, jeże żywe i suszone, wyschniętą głowę kury, drób ważony na żywca (o wiadomym przeznaczeniu) i wiele, wiele innych, niecodziennych wspaniałości. Za wszystko inne (nie) zapłacisz kartą Mastercard.

Drugi zabytek: Pałac Bahia
Co prawda nie jest to pałac królewski (w naszych warunkach byłby to co najwyżej dwór kasztelana), ale naprawdę robi wrażenie! (może dlatego, że nie jest ruiną...) Zrobiliśmy sobie serię zdjęć w różnych konfiguracjach, na tle różnorakich mozaiek i przy okazji oddaliśmy Naturze pomarańczę, którą zerwałam rano (a jeden z przechodniów powiedział "C'est mal" i tym zniechęcił mnie do konsumpcji).
Wszyscy krzyczą, żebym dodała, że w pałacu były piękne sufity, więc przyznaję: tak, były cudowne.

Drugi szok kulturowy: przygoda za bakszysz.
Po wyjściu z Pałacu Bahia stwierdziliśmy, że mamy niedaleko do następnego- Al Badi. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że nie jesteśmy mistrzami orientacji, toteż: zgubiliśmy się. Weszliśmy w dziki gąszcz poplątanych uliczek i lokalne dzieci idealnie wyczaiły moment, w którym zrzedły nam miny, proponując "pomoc". Problem polegał na tym, że sprytnie wykorzystały nasze niezdecydowanie i, nim się obejrzeliśmy, byliśmy otoczeni, Mnie i Ewie od razu włączył się tryb panika i chciałyśmy zawrócić, ale w chłopcach obudził się testosteron i odważnie (?) brnęli w tę sytuację. Okazało się, że owszem, dzieci wyprowadziły nas z opresji, ale 10 dH im nie wystarczyło i usłyszeliśmy złowieszcze słowa: "Nous demandons".
No pasarán.


Trzeci zabytek: pałac Al-Badi
W sumie to ruiny pałacu, ale cąłkiem przyjemne. Na murach siedziało więcej bocianów, niż widziałam ich w Polsce przez całe swoje życie, a na dodatek po raz pierwszy usłyszałam, jak klekoczą. W ruinach znajdował się zaniedbany gaik pomarańczowy, a jakiś Pan zbierał pomarańcze do siatki- pewnie na handel, bo jak wiadomo, tutaj na wszystkim można zrobić interes.
Słońce oświecało placyk, toteż czuliśmy się tam wcale nieźle, aż do momentu, w którym odkryliśmy, że rozszerzona wersja biletu obejmowała możliwość obejrzenia "najcenniejszego zabytku Maroka", czyli minbaru z  meczetu Kutubijja. Na początku nie przejęliśmy się tym faktem, myśląc, że można dokupić suplement i poszliśmy na wieżę podziwiać wspaniałe widoki, ale później okazało się, że to nie takie proste. Bilet obejmujący wstęp do pałacu i oglądanie minbaru kosztował 20dH (promocja!), a na samo oglądanie...20dH. To był zdecydowanie zły deal.

Pierwsze interludium: obiad.
Powiedzmy sobie szczerze: wrażeń, jakich doznaliśmy do południa, starczyłoby na cały dzień. Dlatego postanowiliśmy sobie trochę pochillować i poszliśmy na obiad- znowu fantastyczny i na dodatek bez jakichkolwiek incydentów: no, może poza tym, że Ewa została pochlapana sosem ;)

Trzeci szok kulturowy: pomoc przychodzi od Murzyna
Ponieważ mieliśmy masę czasu i energii, postanowiliśmy kontynuować zwiedzanie i obejrzeć metresę Ibn Jusufa. Po przestudiowaniu mapy (jak się później okazało- niezbyt dokładnym), męska część wycieczki zarządziła ponowne rzucenie się w sieć uliczek medyny. Przez bardzo długi czas byliśmy przekonani, że idziemy dobrze, ale nasz niepokój rósł odwrotnie proporcjonalnie o ilości białych twarzy w okolicy. Jednak aby ostatecznie przyznać się do klęski naszego kolektywnego zmysłu orientacji potrzebowaliśmy dojść do miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc- przynajmniej nam, bo oprócz naszej czwórki Arabowie stanowili sto procent przechodniów. Nasz (dziewcząt) opór był zdecydowanie zbyt mało stanowczy, gdyż okrążyliśmy to miejsce ponownie i kiedy byłyśmy bliskie ostrzejszej (histerycznej) reakcji, przybył ON- czarny wybawiciel na motorze. Płynną angielszczyzną wyjaśnił nam, że poszliśmy o wiele za daleko (naprawdę?) i doradził, byśmy się wrócili lub wzięli taksówkę. I nie chciał bakszyszu!


Czwarty szok kulturowy: przygoda za bakszysz, vol.2
Oczywiście zastosowaliśmy się do rad czarnego wybawiciela i ruszyliśmy tam, skąd przyszliśmy, ale im bardziej ulice się zagęszczały, tym mniej byliśmy pewni, czy dobrze idziemy. Zatrzymaliśmy się więc na rozwidleniu dróg, wyciągnęliśmy mapę i zaczęliśmy dyskusję o wyborze jednej z nich. I to był nasz błąd taktyczny, szybko i bezlitośnie wykorzystany przez przeciwnika- "arabskiego przyjaciela", który przykleił się do nas na dobre. Brak zdecydowania chłopców sprawił, że byliśmy przez niego prowadzeni (oczywiście wskazał tę drogę, którą chciałyśmy pójść). A kiedy już usłyszał "merci", wyciągnął rękę bo bakszysz. Dostał 10 dH od Marcina, ale z Ewą stanowczo ogłosiłyśmy, że to były jego prywatne pieniądze i że nasza wspólna kasa nie ma prawa na tym ucierpieć.

Czwarty zabytek: kubba Almorawidów.
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce okazało się, że z powodu nieznanego nam święta metresa Ibn Jusufa była zamknięta :]
Nagrodą pocieszenia była kubba Almorawidów- nic niezwykłego, ale przynajmniej wstęp był za darmo.

Piąty (!) szok kulturowy: dworzec.
Niby nic niezwykłego, a jednak potrafi dostarczyć wielu wrażeń!
Już samo dojście do dworca nie obyło się bez pytania o drogę- ale islamska rodzina była miła, więc nawet nie błądziliśmy. Budynek jak budynek,  ale co się działo w środku! Już na jakieś 50m przed wejściem doczepił się do ans naganiacz, proponując okazyjny dojazd do As-Sawiry, a tuż za wejściem przykleił się drugi, oferujący nam "student price". To niesamowite, ale facet nawijał CAŁY CZAS- pewnie myślał, że nas zagada, ale nie wiedział, że z nami nie pójdzie mu tak łatwo. Rozpaczliwie próbował powstrzymać nas przed dostaniem się do okienka CTM-u (oficjalnego przewoźnika), więc postanowiłyśmy z Ewą dyskretnie oddalić się i sprawdzić inne okienka. A on... zostawił z chłopakami swojego kolegę i ruszył za nami!
W końcu udało się nam zdobyć twierdzę CTM, ale nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego.

Drugie interludium: pełen chillout.
Po przygodzie na dworcu postanowiliśmy odpocząć trochę i zamówiliśmy herbatę. Czekaliśmy na nią tak długo, jakby ktoś jechał po nią do As-Sawiry :P ostatecznie dostaliśmy trzy dzbanki i cztery szklanki, toteż nazwaliśmy ją "herbatą 3/4".
Później obyło się bez większych przygód: targowałam się z Arabem o alladynki ("in my country I could buy them cheaper"), sprawdziliśmy w internecie rozkład autobusów (i zaktualizowaliśmy opisy na Fb), spotkaliśmy się na chwilę z Zosią i Wiśnią i kontynuowaliśmy turystykę kulinarną- mężczyźni stawili czoła ślimakom. Warto jeszcze wspomnieć o jakimś gościu, który ewidentnie chciał nam coś wcisnąć (może znowu hash, weed, grass...), a kiedy Wojtek odpowiedział mu po rosyjsku, usłyszeliśmy: Fuck you, shit people.
Lovely.

niedziela, 27 lutego 2011

DZIEŃ 2 (15.02)

Madryt: 8C
Po 20 minutach przestawiania budzika udało nam się zwlec z łóżka i... ¡SZOK!- o ósmej było jeszcze ciemno! Ale prawdziwi podróżnicy nie zrażają się takimi szczegółami (a przynajmniej nie powinni), więc zjadłszy chleb wypiekany z miłością i chorizo z promocji wyszliśmy na deszcz. Dotarliśmy na dworzec kolejowy Atocha (padało coraz bardziej) i patrząc na palmiarnię i nieruchome żółwie w zamulonej sadzawce żałowaliśmy, że dworzec w Krakowie tak nie wygląda.
Potem (deszcz przerodził się w ulewę) doszliśmy do Museo del Prado, czyli naszego madryckiego gwoździa programu. Gąszcz korytarzy i mnogość sal były przerażające, ale udało się nam zobaczyć kilka znanych obrazów, a przy okazji zaobserwować, że:
  1. "warga Habsburgów" naprawdę istnieje
  2. Velazquez i Goya mieli chyba manufakturę obrazów, bo na namalowanie tych wszystkich dzieł nie starczyłoby im życia
  3. mój Kazek pozował do wielu obrazów (m.in.Velazqueza i Goyi, jestem z niego naprawdę dumna :D )
Poza tym nie brakowało dociekliwych turystów ("A ta postać przy drzwiach to wchodzi czy wychodzi?"), wycieczek szkolnych (małe dzieci w uroczych fartuszkach <3) i znudzonych Japończyków robiących sto zdjęć na minutę. Po nieco ponad dwóch godzinach mieliśmy już dość- słabi z nas koneserzy ;)
Nie można też nie wspomnieć o panu z restauracji, który był szczerze zachwycony tym, że mówimy po hiszpańsku, mimo, że tak naprawdę ograniczałyśmy się do "si", "no" i "de verdad?".
Dokonaliśmy też etno-obserwacji: paella jest pyszna (mimo, że droga) a sangria smakuje nawet w zimie. W każdym razie Madryt pozostawił po sobie niedosyt i, nie wiem jak reszta, ale ja tam na pewno wrócę!

Informacja praktyczna: jadąc metrem na lotnisko należy dokupić suplement (kosztuje 1 euro). Bilet dzienny nie oznacza, że jest ważny 24h, tylko do końca dnia zakupu, o czym się niestety przekonaliśmy.

.
.
.                      (wykropkowany jest czas spędzony na lotnisku- wart wspomnienia jest jedynie zakup litra       .                             whisky i turrona)
.
.
.
18:30 czasu lokalnego------------> JESTEŚMY W MARRAKESZUUUUUUUU!
15C

Dłuuga kolejka do celnika, który okazał się być panią z wąsami. Potem dłuuga kolejka do kantoru- oczywiście, TUŻ PRZED NAMI zabrakło dirhamów. Straciliśmy mnóstwo czasu, choć od razu mogliśmy przejść za bramki- c'est la vie.

Hotel Cecil (tuż przy placu Djemaa el Fnaa)
Obserwacja własna: prowadzi go chyba duża arabska rodzina: ojciec trzyma kasę, synowie siedzą na Facebooku a córki (chyba) sprzątają. (Następnego dnia zidentyfikowaliśmy jeszcze "wujka", który przywoził cement na ośle)
Pierwsze wrażenie: coś tu jest nie tak. Intensywny zapach świeżego tynku, rozkute ściany, a za prowizorycznie ustawionym biurkiem siedzi zadowolony z siebie Pan w skórzanej kurtce. Szybko jednak okazało się, że jest o niebo lepiej, niż się nam wydawało: wielki etno-pokój z dwoma dużymi łóżkami i łazienką (z drzwiami zamykanymi od zewnątrz!), a na dodatek śniadanie w cenie- ale o tym później...

Sam plac Djemaa el Fnaa to miejsce niesamowite: pojęcie tłumu w Europie nijak ma się do tego ogromnego kłębowiska u Arabów.  Morze ludzi przechadzających się między dziesiątkami straganów, nakładające się na siebie krzyki sprzedawców i naganiaczy, zaklinacze węży, małpy na łańcuchu i... jedzenie. Szybko okazało się, że ta wycieczka będzie nam upływać pod znakiem kulinarnych uniesień. Na pierwszy ogień poszły: kuskus, tajine i brochettes, ale hitem okazały się bułeczki maczane w sosach- ekstaza kulinarna! Jeśli do tego dodać korzenną herbatę za 5 dH (tzw. marokańska whisky), to chyba nie muszę dodawać, że byliśmy w kulinarnym raju!


sobota, 26 lutego 2011

DZIEŃ 1 (14.02)

Jaki dziś dzień? Walentynki!

Ale, szczerze mówiąc, mamy to gdzieś, bo właśnie dzisiaj wyruszamy na wielką, marokańską przygodę!

SCENA I. Lotnisko, -10C
Grzecznie i karnie stawiliśmy się na lotnisku pełni nadziei, że oto zaczyna się jedna z najwspanialszych przygód w naszym życiu- czas pokaże, czy mieliśmy rację. W samolocie powitał nas steward Javier, który chyba miał nadzieję, że poderwie jakąś pasażerkę, bo cały czas czynił aluzje do Walentynek- ciekawe, czy mu się udało, choć kiedy myślę o tych wszystkich hiszpańskich pasażerkach, wyraźnie żądnych przygód, uważam, że miał spore szanse...

SCENA II.  Hostal Sudamericana, Madryt; 9C
Nasz trip uznaję za oficjalnie rozpoczęty! Na początek, na Ewę nakrzyczał jakiś gbur z hostelu, potem poszliśmy na calle del Prado zamiast na paseo del Prado i już byliśmy nieco podłamani... ale wszystkie te trudy zostały nam wynagrodzone! Pan, który nam otworzył (podobno rumuński alkoholik) robił wrażenie- duży, siwy brodacz w okularach przeciwsłonecznych i kasku na głowie! No po prostu cud, miód, szkoda, że nie zrobiliśmy sobie z nim zdjęcia. Co do hostelu... Już dawno nie widziałam miejsca, którego nazwa byłaby tak adekwatna. Piętrowe, chybotliwe łóżko i rozwalona umywalka w pokoju to nic. Prawdziwa Ameryka Południowa zaczynała się w łazience. Okno zaklejone folią (wiatr romantycznie hulał i świszczał), umywalka przyklejona do ściany przezroczystą taśmą i toaleta z niezwykle osobliwą spłuczką (tirar de la cadena na 100%) tworzyły klimat jak z Cochabamba, No ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to, żeby siedzieć w hostelu!

Pierwsze przemyślenia:
  • Mówili nam, że będzie Ameryka, ale nie powiedzieli, że Łacińska!
  • W pokoju Peru, w łazience Gwatemala!
SCENA III. Madrid de maravilla, 9C
W Madrycie można się zakochać od pierwszego wejrzenia! Ziółek miał rację, kiedy mówił, że jest sto razy lepszy od Barcelony (chyba mu to powiem, po powrocie). Mogłoby tylko być trochę cieplej, ale nie można mieć wszystkiego.
Niedźwiadek na Puerta del Sol jest uroczy, ale, szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, że jest taki mały, zawsze myślałam, że jest rozmiaru naszego Adasia, a tu taka niespodzianka... Poza tym dziś wszyscy się ze mnie śmieją, najpierw z powodu mojej paniki samolotowej (nienawidzę latać!), a teraz dlatego, że weszłam do sklepu i wypatrzyłam sobie torebkę- nie muszę dodawać, że wyszłam z nią w siatce ;)  cóż, taka moja karma...
Byliśmy przy Palacio Real, ja i Ewa wpadłyśmy w hispanistyczną ekstazę i przechodząc obok pomników władców licytowałyśmy się na fakty historyczne (tydzień po egzaminie nasza wiedza jeszcze nie wyparowała...) i zrobiłyśmy sobie sesję przy Fernanie Gonzalesie, a chłopcy mieli nieco przerażone miny, ale co tam, jesteśmy w końcu szalonymi hispanistkami! Pod pałacem odbywała się bitwa na poduszki, a wśród ludzi przechadzał się piękny pan w różowej sukience i białych kozaczkach i rozdawał lizaczki (takie rzeczy tylko w Hiszpanii).
Chcieliśmy też wejść do katedry, ale - jak to zazwyczaj bywa- była w remoncie, więc musieliśmy się zadowolić kryptą- mimo to było warto. Pomijając moją powszechnie znaną cmentarną fobię (która o dziwo nie ujawniła się z całą swoją siłą), nie pozwalającą mi na kontemplowanie przestrzeni, dokonałam wielu fascynujących obserwacji- hitem były creepy figurki przedstawiające ministrantów (mieli miny, jakby właśnie wyszli od proboszcza) z puszkami na ofiarę. Miały one aparycję laleczki Chucky i raczej odstraszały potencjalnych darczyńców... Chyba jeszcze długo będę pod ich wrażeniem!
Potem byliśmy jeszcze w kościele garnizonowym i przy ayuntamiento, a w drodze powrotnej do hostelu rozdzieliliśmy się: chłopcy pojechali metrem, a my poszłyśmy na nogach (po drodze Ewa znalazła swojego Adama besucona). Zgadnijcie, kto był pierwszy pod drzwiami hostelu?

SCENA IV. Sudamericana, vol.2; 4C
Tego wieczoru królowała Sidra -> asturyjski cydr (czyli lepszy jabol) i to w dwóch wersjach, z bąbelkami i bez. Powstał jednak problem techniczny- nie mieliśmy korkociągu i musieliśmy sobie radzić kluczem. Oczywiście udało się nam, ale cydr miał intrygujący, korkowy posmak...

sexy sexy

nikt się nie dowie....






Prolog

Ten blog jest elektroniczną wersją dziennika podróży do Maroka, która miała miejsce w dniach 14-24.02.2011.

W tę cudowną podróż wyruszyliśmy MY:

  • Kasia- studentka filologii hiszpańskiej, autorka dziennika
  • Ewa- również studentka filologii hiszpańskiej, przyjaciółka Kasi
  • Marcin- student prawa, chłopak Kasi
  • Wojtek- student prawa, mózg całej operacji i pomysłodawca wyprawy
Nasza cudowna czwórka przez dziesięć dni niestrudzenie przemierzała Maroko (z małym przystankiem w Madrycie), co rusz przeżywając przygody :)
enjoy!