Madryt: 8C
Po 20 minutach przestawiania budzika udało nam się zwlec z łóżka i... ¡SZOK!- o ósmej było jeszcze ciemno! Ale prawdziwi podróżnicy nie zrażają się takimi szczegółami (a przynajmniej nie powinni), więc zjadłszy chleb wypiekany z miłością i chorizo z promocji wyszliśmy na deszcz. Dotarliśmy na dworzec kolejowy Atocha (padało coraz bardziej) i patrząc na palmiarnię i nieruchome żółwie w zamulonej sadzawce żałowaliśmy, że dworzec w Krakowie tak nie wygląda.
Potem (deszcz przerodził się w ulewę) doszliśmy do Museo del Prado, czyli naszego madryckiego gwoździa programu. Gąszcz korytarzy i mnogość sal były przerażające, ale udało się nam zobaczyć kilka znanych obrazów, a przy okazji zaobserwować, że:
- "warga Habsburgów" naprawdę istnieje
- Velazquez i Goya mieli chyba manufakturę obrazów, bo na namalowanie tych wszystkich dzieł nie starczyłoby im życia
- mój Kazek pozował do wielu obrazów (m.in.Velazqueza i Goyi, jestem z niego naprawdę dumna :D )
Poza tym nie brakowało dociekliwych turystów ("A ta postać przy drzwiach to wchodzi czy wychodzi?"), wycieczek szkolnych (małe dzieci w uroczych fartuszkach <3) i znudzonych Japończyków robiących sto zdjęć na minutę. Po nieco ponad dwóch godzinach mieliśmy już dość- słabi z nas koneserzy ;)
Nie można też nie wspomnieć o panu z restauracji, który był szczerze zachwycony tym, że mówimy po hiszpańsku, mimo, że tak naprawdę ograniczałyśmy się do "si", "no" i "de verdad?".
Dokonaliśmy też etno-obserwacji: paella jest pyszna (mimo, że droga) a sangria smakuje nawet w zimie. W każdym razie Madryt pozostawił po sobie niedosyt i, nie wiem jak reszta, ale ja tam na pewno wrócę!
Informacja praktyczna: jadąc metrem na lotnisko należy dokupić suplement (kosztuje 1 euro). Bilet dzienny nie oznacza, że jest ważny 24h, tylko do końca dnia zakupu, o czym się niestety przekonaliśmy.
.
.
. (wykropkowany jest czas spędzony na lotnisku- wart wspomnienia jest jedynie zakup litra . whisky i turrona)
.
.
.
18:30 czasu lokalnego------------> JESTEŚMY W MARRAKESZUUUUUUUU!
15C
Dłuuga kolejka do celnika, który okazał się być panią z wąsami. Potem dłuuga kolejka do kantoru- oczywiście, TUŻ PRZED NAMI zabrakło dirhamów. Straciliśmy mnóstwo czasu, choć od razu mogliśmy przejść za bramki- c'est la vie.
Hotel Cecil (tuż przy placu Djemaa el Fnaa)
Obserwacja własna: prowadzi go chyba duża arabska rodzina: ojciec trzyma kasę, synowie siedzą na Facebooku a córki (chyba) sprzątają. (Następnego dnia zidentyfikowaliśmy jeszcze "wujka", który przywoził cement na ośle)
Pierwsze wrażenie: coś tu jest nie tak. Intensywny zapach świeżego tynku, rozkute ściany, a za prowizorycznie ustawionym biurkiem siedzi zadowolony z siebie Pan w skórzanej kurtce. Szybko jednak okazało się, że jest o niebo lepiej, niż się nam wydawało: wielki etno-pokój z dwoma dużymi łóżkami i łazienką (z drzwiami zamykanymi od zewnątrz!), a na dodatek śniadanie w cenie- ale o tym później...
Sam plac Djemaa el Fnaa to miejsce niesamowite: pojęcie tłumu w Europie nijak ma się do tego ogromnego kłębowiska u Arabów. Morze ludzi przechadzających się między dziesiątkami straganów, nakładające się na siebie krzyki sprzedawców i naganiaczy, zaklinacze węży, małpy na łańcuchu i... jedzenie. Szybko okazało się, że ta wycieczka będzie nam upływać pod znakiem kulinarnych uniesień. Na pierwszy ogień poszły: kuskus, tajine i brochettes, ale hitem okazały się bułeczki maczane w sosach- ekstaza kulinarna! Jeśli do tego dodać korzenną herbatę za 5 dH (tzw. marokańska whisky), to chyba nie muszę dodawać, że byliśmy w kulinarnym raju!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz