sobota, 26 lutego 2011

DZIEŃ 1 (14.02)

Jaki dziś dzień? Walentynki!

Ale, szczerze mówiąc, mamy to gdzieś, bo właśnie dzisiaj wyruszamy na wielką, marokańską przygodę!

SCENA I. Lotnisko, -10C
Grzecznie i karnie stawiliśmy się na lotnisku pełni nadziei, że oto zaczyna się jedna z najwspanialszych przygód w naszym życiu- czas pokaże, czy mieliśmy rację. W samolocie powitał nas steward Javier, który chyba miał nadzieję, że poderwie jakąś pasażerkę, bo cały czas czynił aluzje do Walentynek- ciekawe, czy mu się udało, choć kiedy myślę o tych wszystkich hiszpańskich pasażerkach, wyraźnie żądnych przygód, uważam, że miał spore szanse...

SCENA II.  Hostal Sudamericana, Madryt; 9C
Nasz trip uznaję za oficjalnie rozpoczęty! Na początek, na Ewę nakrzyczał jakiś gbur z hostelu, potem poszliśmy na calle del Prado zamiast na paseo del Prado i już byliśmy nieco podłamani... ale wszystkie te trudy zostały nam wynagrodzone! Pan, który nam otworzył (podobno rumuński alkoholik) robił wrażenie- duży, siwy brodacz w okularach przeciwsłonecznych i kasku na głowie! No po prostu cud, miód, szkoda, że nie zrobiliśmy sobie z nim zdjęcia. Co do hostelu... Już dawno nie widziałam miejsca, którego nazwa byłaby tak adekwatna. Piętrowe, chybotliwe łóżko i rozwalona umywalka w pokoju to nic. Prawdziwa Ameryka Południowa zaczynała się w łazience. Okno zaklejone folią (wiatr romantycznie hulał i świszczał), umywalka przyklejona do ściany przezroczystą taśmą i toaleta z niezwykle osobliwą spłuczką (tirar de la cadena na 100%) tworzyły klimat jak z Cochabamba, No ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to, żeby siedzieć w hostelu!

Pierwsze przemyślenia:
  • Mówili nam, że będzie Ameryka, ale nie powiedzieli, że Łacińska!
  • W pokoju Peru, w łazience Gwatemala!
SCENA III. Madrid de maravilla, 9C
W Madrycie można się zakochać od pierwszego wejrzenia! Ziółek miał rację, kiedy mówił, że jest sto razy lepszy od Barcelony (chyba mu to powiem, po powrocie). Mogłoby tylko być trochę cieplej, ale nie można mieć wszystkiego.
Niedźwiadek na Puerta del Sol jest uroczy, ale, szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, że jest taki mały, zawsze myślałam, że jest rozmiaru naszego Adasia, a tu taka niespodzianka... Poza tym dziś wszyscy się ze mnie śmieją, najpierw z powodu mojej paniki samolotowej (nienawidzę latać!), a teraz dlatego, że weszłam do sklepu i wypatrzyłam sobie torebkę- nie muszę dodawać, że wyszłam z nią w siatce ;)  cóż, taka moja karma...
Byliśmy przy Palacio Real, ja i Ewa wpadłyśmy w hispanistyczną ekstazę i przechodząc obok pomników władców licytowałyśmy się na fakty historyczne (tydzień po egzaminie nasza wiedza jeszcze nie wyparowała...) i zrobiłyśmy sobie sesję przy Fernanie Gonzalesie, a chłopcy mieli nieco przerażone miny, ale co tam, jesteśmy w końcu szalonymi hispanistkami! Pod pałacem odbywała się bitwa na poduszki, a wśród ludzi przechadzał się piękny pan w różowej sukience i białych kozaczkach i rozdawał lizaczki (takie rzeczy tylko w Hiszpanii).
Chcieliśmy też wejść do katedry, ale - jak to zazwyczaj bywa- była w remoncie, więc musieliśmy się zadowolić kryptą- mimo to było warto. Pomijając moją powszechnie znaną cmentarną fobię (która o dziwo nie ujawniła się z całą swoją siłą), nie pozwalającą mi na kontemplowanie przestrzeni, dokonałam wielu fascynujących obserwacji- hitem były creepy figurki przedstawiające ministrantów (mieli miny, jakby właśnie wyszli od proboszcza) z puszkami na ofiarę. Miały one aparycję laleczki Chucky i raczej odstraszały potencjalnych darczyńców... Chyba jeszcze długo będę pod ich wrażeniem!
Potem byliśmy jeszcze w kościele garnizonowym i przy ayuntamiento, a w drodze powrotnej do hostelu rozdzieliliśmy się: chłopcy pojechali metrem, a my poszłyśmy na nogach (po drodze Ewa znalazła swojego Adama besucona). Zgadnijcie, kto był pierwszy pod drzwiami hostelu?

SCENA IV. Sudamericana, vol.2; 4C
Tego wieczoru królowała Sidra -> asturyjski cydr (czyli lepszy jabol) i to w dwóch wersjach, z bąbelkami i bez. Powstał jednak problem techniczny- nie mieliśmy korkociągu i musieliśmy sobie radzić kluczem. Oczywiście udało się nam, ale cydr miał intrygujący, korkowy posmak...

sexy sexy

nikt się nie dowie....






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz