Pierwsza niespodzianka: śniadanie.
Dla niego warto było wstawać! Byliśmy w ciężkim szoku, kiedy przed nami postawiono sok, herbatę, kawę, dwa koszyki cudownych bagietek, masło, dżem i słodkie bułeczki. A to wszystko tak pyszne, że grzechem byłoby tego nie zjeść! Po raz pierwszy w ciągu tej podróży byliśmy tak milczący i zupełnie niekontaktowi (pomijając liczne westchnienia i pomruki zadowolenia).
Druga niespodzianka: świat jest mały,
Wychodząc z hotelu usłyszałam krzyk: Kaśka!
Obracam się, a tam Zośka Sotwin :) Kiedy dotarło do mnie co się dzieje i w jakich okolicznościach się spotykamy, myślałam, że padnę na miejscu, bo sytuacja była więcej, niż nietypowa. W Krakowie nie mogłyśmy się zgrać, trzeba było pojechać na drugi koniec świata ;)
Pierwszy zabytek: grobowce Saadytów.
W samym środku medyny schowane są szesnastowieczne grobowce (podobno jakiś tam sułtan specjalnie kazał je tak obudować, żeby ludzie nie mogli do nich trafić i zostały ponownie odkryte w 1917r.). To właśnie tutaj po raz pierwszy w naszej podróży zetknęliśmy się z arabską architekturą na najwyższym poziomie- a ja o raz pierwszy zaczęłam się bawić w japońskiego turystę ;)
Dodatkową ozdobą tego miejsca były koty, które nie zwracając uwagi na ludzi wylegiwały się w słońcu.
Pierwszy szok kulturowy: targ lokalsów.
Kiedy szukaliśmy drogi do Pałacu Bahia wpadliśmy w sieć ciasnych uliczek, na których lokalsi sprzedawali wyroby bynajmniej nie przeznaczone dla turystów. Zamiast ubrań Made in India i skórzanych toreb mieliśmy przyjemność zobaczyć takie cuda, jak ociekające krwią żołądki, rozkładające się na słońcu flaki, jeże żywe i suszone, wyschniętą głowę kury, drób ważony na żywca (o wiadomym przeznaczeniu) i wiele, wiele innych, niecodziennych wspaniałości. Za wszystko inne (nie) zapłacisz kartą Mastercard.
Drugi zabytek: Pałac Bahia
Co prawda nie jest to pałac królewski (w naszych warunkach byłby to co najwyżej dwór kasztelana), ale naprawdę robi wrażenie! (może dlatego, że nie jest ruiną...) Zrobiliśmy sobie serię zdjęć w różnych konfiguracjach, na tle różnorakich mozaiek i przy okazji oddaliśmy Naturze pomarańczę, którą zerwałam rano (a jeden z przechodniów powiedział "C'est mal" i tym zniechęcił mnie do konsumpcji).
Wszyscy krzyczą, żebym dodała, że w pałacu były piękne sufity, więc przyznaję: tak, były cudowne.
Drugi szok kulturowy: przygoda za bakszysz.
Po wyjściu z Pałacu Bahia stwierdziliśmy, że mamy niedaleko do następnego- Al Badi. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że nie jesteśmy mistrzami orientacji, toteż: zgubiliśmy się. Weszliśmy w dziki gąszcz poplątanych uliczek i lokalne dzieci idealnie wyczaiły moment, w którym zrzedły nam miny, proponując "pomoc". Problem polegał na tym, że sprytnie wykorzystały nasze niezdecydowanie i, nim się obejrzeliśmy, byliśmy otoczeni, Mnie i Ewie od razu włączył się tryb panika i chciałyśmy zawrócić, ale w chłopcach obudził się testosteron i odważnie (?) brnęli w tę sytuację. Okazało się, że owszem, dzieci wyprowadziły nas z opresji, ale 10 dH im nie wystarczyło i usłyszeliśmy złowieszcze słowa: "Nous demandons".
No pasarán.
Trzeci zabytek: pałac Al-Badi
W sumie to ruiny pałacu, ale cąłkiem przyjemne. Na murach siedziało więcej bocianów, niż widziałam ich w Polsce przez całe swoje życie, a na dodatek po raz pierwszy usłyszałam, jak klekoczą. W ruinach znajdował się zaniedbany gaik pomarańczowy, a jakiś Pan zbierał pomarańcze do siatki- pewnie na handel, bo jak wiadomo, tutaj na wszystkim można zrobić interes.
Słońce oświecało placyk, toteż czuliśmy się tam wcale nieźle, aż do momentu, w którym odkryliśmy, że rozszerzona wersja biletu obejmowała możliwość obejrzenia "najcenniejszego zabytku Maroka", czyli minbaru z meczetu Kutubijja. Na początku nie przejęliśmy się tym faktem, myśląc, że można dokupić suplement i poszliśmy na wieżę podziwiać wspaniałe widoki, ale później okazało się, że to nie takie proste. Bilet obejmujący wstęp do pałacu i oglądanie minbaru kosztował 20dH (promocja!), a na samo oglądanie...20dH. To był zdecydowanie zły deal.
Pierwsze interludium: obiad.
Powiedzmy sobie szczerze: wrażeń, jakich doznaliśmy do południa, starczyłoby na cały dzień. Dlatego postanowiliśmy sobie trochę pochillować i poszliśmy na obiad- znowu fantastyczny i na dodatek bez jakichkolwiek incydentów: no, może poza tym, że Ewa została pochlapana sosem ;)
Trzeci szok kulturowy: pomoc przychodzi od Murzyna
Ponieważ mieliśmy masę czasu i energii, postanowiliśmy kontynuować zwiedzanie i obejrzeć metresę Ibn Jusufa. Po przestudiowaniu mapy (jak się później okazało- niezbyt dokładnym), męska część wycieczki zarządziła ponowne rzucenie się w sieć uliczek medyny. Przez bardzo długi czas byliśmy przekonani, że idziemy dobrze, ale nasz niepokój rósł odwrotnie proporcjonalnie o ilości białych twarzy w okolicy. Jednak aby ostatecznie przyznać się do klęski naszego kolektywnego zmysłu orientacji potrzebowaliśmy dojść do miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc- przynajmniej nam, bo oprócz naszej czwórki Arabowie stanowili sto procent przechodniów. Nasz (dziewcząt) opór był zdecydowanie zbyt mało stanowczy, gdyż okrążyliśmy to miejsce ponownie i kiedy byłyśmy bliskie ostrzejszej (histerycznej) reakcji, przybył ON- czarny wybawiciel na motorze. Płynną angielszczyzną wyjaśnił nam, że poszliśmy o wiele za daleko (naprawdę?) i doradził, byśmy się wrócili lub wzięli taksówkę. I nie chciał bakszyszu!
Czwarty szok kulturowy: przygoda za bakszysz, vol.2
Oczywiście zastosowaliśmy się do rad czarnego wybawiciela i ruszyliśmy tam, skąd przyszliśmy, ale im bardziej ulice się zagęszczały, tym mniej byliśmy pewni, czy dobrze idziemy. Zatrzymaliśmy się więc na rozwidleniu dróg, wyciągnęliśmy mapę i zaczęliśmy dyskusję o wyborze jednej z nich. I to był nasz błąd taktyczny, szybko i bezlitośnie wykorzystany przez przeciwnika- "arabskiego przyjaciela", który przykleił się do nas na dobre. Brak zdecydowania chłopców sprawił, że byliśmy przez niego prowadzeni (oczywiście wskazał tę drogę, którą chciałyśmy pójść). A kiedy już usłyszał "merci", wyciągnął rękę bo bakszysz. Dostał 10 dH od Marcina, ale z Ewą stanowczo ogłosiłyśmy, że to były jego prywatne pieniądze i że nasza wspólna kasa nie ma prawa na tym ucierpieć.
Czwarty zabytek: kubba Almorawidów.
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce okazało się, że z powodu nieznanego nam święta metresa Ibn Jusufa była zamknięta :]
Nagrodą pocieszenia była kubba Almorawidów- nic niezwykłego, ale przynajmniej wstęp był za darmo.
Piąty (!) szok kulturowy: dworzec.
Niby nic niezwykłego, a jednak potrafi dostarczyć wielu wrażeń!
Już samo dojście do dworca nie obyło się bez pytania o drogę- ale islamska rodzina była miła, więc nawet nie błądziliśmy. Budynek jak budynek, ale co się działo w środku! Już na jakieś 50m przed wejściem doczepił się do ans naganiacz, proponując okazyjny dojazd do As-Sawiry, a tuż za wejściem przykleił się drugi, oferujący nam "student price". To niesamowite, ale facet nawijał CAŁY CZAS- pewnie myślał, że nas zagada, ale nie wiedział, że z nami nie pójdzie mu tak łatwo. Rozpaczliwie próbował powstrzymać nas przed dostaniem się do okienka CTM-u (oficjalnego przewoźnika), więc postanowiłyśmy z Ewą dyskretnie oddalić się i sprawdzić inne okienka. A on... zostawił z chłopakami swojego kolegę i ruszył za nami!
W końcu udało się nam zdobyć twierdzę CTM, ale nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego.
Drugie interludium: pełen chillout.
Po przygodzie na dworcu postanowiliśmy odpocząć trochę i zamówiliśmy herbatę. Czekaliśmy na nią tak długo, jakby ktoś jechał po nią do As-Sawiry :P ostatecznie dostaliśmy trzy dzbanki i cztery szklanki, toteż nazwaliśmy ją "herbatą 3/4".
Później obyło się bez większych przygód: targowałam się z Arabem o alladynki ("in my country I could buy them cheaper"), sprawdziliśmy w internecie rozkład autobusów (i zaktualizowaliśmy opisy na Fb), spotkaliśmy się na chwilę z Zosią i Wiśnią i kontynuowaliśmy turystykę kulinarną- mężczyźni stawili czoła ślimakom. Warto jeszcze wspomnieć o jakimś gościu, który ewidentnie chciał nam coś wcisnąć (może znowu hash, weed, grass...), a kiedy Wojtek odpowiedział mu po rosyjsku, usłyszeliśmy: Fuck you, shit people.
Lovely.
Dla niego warto było wstawać! Byliśmy w ciężkim szoku, kiedy przed nami postawiono sok, herbatę, kawę, dwa koszyki cudownych bagietek, masło, dżem i słodkie bułeczki. A to wszystko tak pyszne, że grzechem byłoby tego nie zjeść! Po raz pierwszy w ciągu tej podróży byliśmy tak milczący i zupełnie niekontaktowi (pomijając liczne westchnienia i pomruki zadowolenia).
Druga niespodzianka: świat jest mały,
Wychodząc z hotelu usłyszałam krzyk: Kaśka!
Obracam się, a tam Zośka Sotwin :) Kiedy dotarło do mnie co się dzieje i w jakich okolicznościach się spotykamy, myślałam, że padnę na miejscu, bo sytuacja była więcej, niż nietypowa. W Krakowie nie mogłyśmy się zgrać, trzeba było pojechać na drugi koniec świata ;)
Pierwszy zabytek: grobowce Saadytów.
W samym środku medyny schowane są szesnastowieczne grobowce (podobno jakiś tam sułtan specjalnie kazał je tak obudować, żeby ludzie nie mogli do nich trafić i zostały ponownie odkryte w 1917r.). To właśnie tutaj po raz pierwszy w naszej podróży zetknęliśmy się z arabską architekturą na najwyższym poziomie- a ja o raz pierwszy zaczęłam się bawić w japońskiego turystę ;)
Dodatkową ozdobą tego miejsca były koty, które nie zwracając uwagi na ludzi wylegiwały się w słońcu.
Pierwszy szok kulturowy: targ lokalsów.
Kiedy szukaliśmy drogi do Pałacu Bahia wpadliśmy w sieć ciasnych uliczek, na których lokalsi sprzedawali wyroby bynajmniej nie przeznaczone dla turystów. Zamiast ubrań Made in India i skórzanych toreb mieliśmy przyjemność zobaczyć takie cuda, jak ociekające krwią żołądki, rozkładające się na słońcu flaki, jeże żywe i suszone, wyschniętą głowę kury, drób ważony na żywca (o wiadomym przeznaczeniu) i wiele, wiele innych, niecodziennych wspaniałości. Za wszystko inne (nie) zapłacisz kartą Mastercard.
Drugi zabytek: Pałac Bahia
Co prawda nie jest to pałac królewski (w naszych warunkach byłby to co najwyżej dwór kasztelana), ale naprawdę robi wrażenie! (może dlatego, że nie jest ruiną...) Zrobiliśmy sobie serię zdjęć w różnych konfiguracjach, na tle różnorakich mozaiek i przy okazji oddaliśmy Naturze pomarańczę, którą zerwałam rano (a jeden z przechodniów powiedział "C'est mal" i tym zniechęcił mnie do konsumpcji).
Wszyscy krzyczą, żebym dodała, że w pałacu były piękne sufity, więc przyznaję: tak, były cudowne.
Drugi szok kulturowy: przygoda za bakszysz.
Po wyjściu z Pałacu Bahia stwierdziliśmy, że mamy niedaleko do następnego- Al Badi. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że nie jesteśmy mistrzami orientacji, toteż: zgubiliśmy się. Weszliśmy w dziki gąszcz poplątanych uliczek i lokalne dzieci idealnie wyczaiły moment, w którym zrzedły nam miny, proponując "pomoc". Problem polegał na tym, że sprytnie wykorzystały nasze niezdecydowanie i, nim się obejrzeliśmy, byliśmy otoczeni, Mnie i Ewie od razu włączył się tryb panika i chciałyśmy zawrócić, ale w chłopcach obudził się testosteron i odważnie (?) brnęli w tę sytuację. Okazało się, że owszem, dzieci wyprowadziły nas z opresji, ale 10 dH im nie wystarczyło i usłyszeliśmy złowieszcze słowa: "Nous demandons".
No pasarán.
Trzeci zabytek: pałac Al-Badi
W sumie to ruiny pałacu, ale cąłkiem przyjemne. Na murach siedziało więcej bocianów, niż widziałam ich w Polsce przez całe swoje życie, a na dodatek po raz pierwszy usłyszałam, jak klekoczą. W ruinach znajdował się zaniedbany gaik pomarańczowy, a jakiś Pan zbierał pomarańcze do siatki- pewnie na handel, bo jak wiadomo, tutaj na wszystkim można zrobić interes.
Słońce oświecało placyk, toteż czuliśmy się tam wcale nieźle, aż do momentu, w którym odkryliśmy, że rozszerzona wersja biletu obejmowała możliwość obejrzenia "najcenniejszego zabytku Maroka", czyli minbaru z meczetu Kutubijja. Na początku nie przejęliśmy się tym faktem, myśląc, że można dokupić suplement i poszliśmy na wieżę podziwiać wspaniałe widoki, ale później okazało się, że to nie takie proste. Bilet obejmujący wstęp do pałacu i oglądanie minbaru kosztował 20dH (promocja!), a na samo oglądanie...20dH. To był zdecydowanie zły deal.
Pierwsze interludium: obiad.
Powiedzmy sobie szczerze: wrażeń, jakich doznaliśmy do południa, starczyłoby na cały dzień. Dlatego postanowiliśmy sobie trochę pochillować i poszliśmy na obiad- znowu fantastyczny i na dodatek bez jakichkolwiek incydentów: no, może poza tym, że Ewa została pochlapana sosem ;)
Trzeci szok kulturowy: pomoc przychodzi od Murzyna
Ponieważ mieliśmy masę czasu i energii, postanowiliśmy kontynuować zwiedzanie i obejrzeć metresę Ibn Jusufa. Po przestudiowaniu mapy (jak się później okazało- niezbyt dokładnym), męska część wycieczki zarządziła ponowne rzucenie się w sieć uliczek medyny. Przez bardzo długi czas byliśmy przekonani, że idziemy dobrze, ale nasz niepokój rósł odwrotnie proporcjonalnie o ilości białych twarzy w okolicy. Jednak aby ostatecznie przyznać się do klęski naszego kolektywnego zmysłu orientacji potrzebowaliśmy dojść do miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc- przynajmniej nam, bo oprócz naszej czwórki Arabowie stanowili sto procent przechodniów. Nasz (dziewcząt) opór był zdecydowanie zbyt mało stanowczy, gdyż okrążyliśmy to miejsce ponownie i kiedy byłyśmy bliskie ostrzejszej (histerycznej) reakcji, przybył ON- czarny wybawiciel na motorze. Płynną angielszczyzną wyjaśnił nam, że poszliśmy o wiele za daleko (naprawdę?) i doradził, byśmy się wrócili lub wzięli taksówkę. I nie chciał bakszyszu!
Czwarty szok kulturowy: przygoda za bakszysz, vol.2
Oczywiście zastosowaliśmy się do rad czarnego wybawiciela i ruszyliśmy tam, skąd przyszliśmy, ale im bardziej ulice się zagęszczały, tym mniej byliśmy pewni, czy dobrze idziemy. Zatrzymaliśmy się więc na rozwidleniu dróg, wyciągnęliśmy mapę i zaczęliśmy dyskusję o wyborze jednej z nich. I to był nasz błąd taktyczny, szybko i bezlitośnie wykorzystany przez przeciwnika- "arabskiego przyjaciela", który przykleił się do nas na dobre. Brak zdecydowania chłopców sprawił, że byliśmy przez niego prowadzeni (oczywiście wskazał tę drogę, którą chciałyśmy pójść). A kiedy już usłyszał "merci", wyciągnął rękę bo bakszysz. Dostał 10 dH od Marcina, ale z Ewą stanowczo ogłosiłyśmy, że to były jego prywatne pieniądze i że nasza wspólna kasa nie ma prawa na tym ucierpieć.
Czwarty zabytek: kubba Almorawidów.
Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce okazało się, że z powodu nieznanego nam święta metresa Ibn Jusufa była zamknięta :]
Nagrodą pocieszenia była kubba Almorawidów- nic niezwykłego, ale przynajmniej wstęp był za darmo.
Piąty (!) szok kulturowy: dworzec.
Niby nic niezwykłego, a jednak potrafi dostarczyć wielu wrażeń!
Już samo dojście do dworca nie obyło się bez pytania o drogę- ale islamska rodzina była miła, więc nawet nie błądziliśmy. Budynek jak budynek, ale co się działo w środku! Już na jakieś 50m przed wejściem doczepił się do ans naganiacz, proponując okazyjny dojazd do As-Sawiry, a tuż za wejściem przykleił się drugi, oferujący nam "student price". To niesamowite, ale facet nawijał CAŁY CZAS- pewnie myślał, że nas zagada, ale nie wiedział, że z nami nie pójdzie mu tak łatwo. Rozpaczliwie próbował powstrzymać nas przed dostaniem się do okienka CTM-u (oficjalnego przewoźnika), więc postanowiłyśmy z Ewą dyskretnie oddalić się i sprawdzić inne okienka. A on... zostawił z chłopakami swojego kolegę i ruszył za nami!
W końcu udało się nam zdobyć twierdzę CTM, ale nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego.
Drugie interludium: pełen chillout.
Po przygodzie na dworcu postanowiliśmy odpocząć trochę i zamówiliśmy herbatę. Czekaliśmy na nią tak długo, jakby ktoś jechał po nią do As-Sawiry :P ostatecznie dostaliśmy trzy dzbanki i cztery szklanki, toteż nazwaliśmy ją "herbatą 3/4".
Później obyło się bez większych przygód: targowałam się z Arabem o alladynki ("in my country I could buy them cheaper"), sprawdziliśmy w internecie rozkład autobusów (i zaktualizowaliśmy opisy na Fb), spotkaliśmy się na chwilę z Zosią i Wiśnią i kontynuowaliśmy turystykę kulinarną- mężczyźni stawili czoła ślimakom. Warto jeszcze wspomnieć o jakimś gościu, który ewidentnie chciał nam coś wcisnąć (może znowu hash, weed, grass...), a kiedy Wojtek odpowiedział mu po rosyjsku, usłyszeliśmy: Fuck you, shit people.
Lovely.
Zazdroszczę przygód i przeżyć.
OdpowiedzUsuń